Poniedziałki na My small big creation z zasady są poświęcone tematom fotograficznym. Dziś wyjątkowo będzie bez zdjęć. Dziś będzie odrobinę słów. Bez zbędnego wstępu, bo ten temat nie potrzebuje wprowadzenia. Mama nie potrzebuje zapowiedzi, jest najlepsza sama w sobie. 

 


 

Pełne usta, zawsze mocne paznokcie, szczupła z zarysowanymi mięśniami. Włosy trochę rude, trochę czerwone, trochę jasny brąz… sama nie wiem, nieistotne. Zgrabny nosek z lekkim garbem, który dostałam od niej „w spadku”. Swoją drogą, niezbyt go lubię, ale w końcu mój i całkiem w życiu przydatny, więc niech będzie.

Gotuje, choć nie lubi. Jak sama kiedyś powiedziała – nie chciała, ale musiała się nauczyć. Po to, żebym zawsze w domu mogła zjeść ciepły obiad. Na zdziwienie, niezrozumienie czy lekkie wkurzenie odpowiada – nieco ironicznie – „heloooł”, można by powiedzieć, że nadużywając tego słowa.

Sporo pali. Obowiązkowe dwie kawy w parze ze slim’em to pierwszy punkt każdego nowego dnia, i równie konieczny moment na jego zakończenie. Przy naszym kuchennym oknie. Na jej miejscu, choć niepodpisanym, którego nikt nie próbuje zająć – wiedząc, do kogo należy.

Nie przyjaźni się z modą, ubiera się tak, jak jej wygodnie i zawsze wychodzi jej to na dobre, bo wie, w czym wygląda i czuje się dobrze. Jeździ tym samym samochodem od kilkunastu lat i sądzę, że pokochała go miłością bezgraniczną i bezwarunkową, bo żaden inny jak na razie nie zdał egzaminu, choć wypadało by już rozstać się z wieloletnim pojazdem. W sumie źle Wam mówię… na pewno nie pokochała, bo nie praktykuje miłości do rzeczy. Materializm zupełnie nie jest w jej stylu.

Stosunkowo niedawno zamarzyło jej się wynieść z bloku, mieć dom. Taki z prawdziwego zdarzenia – piętrowy z garażem, przytulną kuchnią – w której miałaby gotować, choć za tym nie przepada, ogródkiem – w którym czytałaby książki ukochanej Chmielewskiej, z zielonym dywanem w salonie – który z resztą nie przypadł mi zbyt mocno do gustu. Mówili, że nie da rady. Jak samotna matka, pracująca za pensję jednego pełnego etatu, miałaby postawić dom? A no tak – korzystając z pomocy rodziny przy stawianiu fundamentów, biegając z taczką pełną piachu na budowie czy samodzielnie tynkując i malując ściany.

No i ma. Ma swój wymarzony dom. Pijąc poranną kawę patrzy przez okno na sarenki biegające po polu. Latem opala się na tarasie i pracuje w ogródku. Zimą odśnieża podjazd. Swój. Własny. Osobisty.

Podsunęła mi pomysł o studiach dziennikarskich i studium fotograficznym. Wiedziała, że praca przy biurku po filologii angielskiej mnie zamęczy. Akceptuje mój artystyczny umysł i plany co do mojej pracy kreatywnej. Czasem wkurza ją widok salonu zawalonego kartonami, klejami, farbami wszystkimi moimi małymi miłościami. Ale wie, że to sprawia mi przyjemność i nie czepia się plam na panelach, które pospiesznie zmywam, słysząc tupanie schodek po schodku, kiedy wraca z pracy.

Jestem jej przeciwieństwem. Jestem z tych wrażliwców. Z tych, co reagują emocjonalnie. Z tych, co się boją. Ta kobieta też się boi. Ale jej wewnętrzna siła przezwycięża każdy strach. Potrafi myśleć racjonalnie i na każdy problem znajdzie rozwiązanie. Każdą przeszkodę zamieni w okazję. Każdą trudną sytuację potraktuje jak świetne wyzwanie. Wie doskonale, kiedy powinna uzewnętrzniać swoje uczucia, a kiedy jest to zbędne. Walczy zawzięcie o swoje racje, przekonania, prawa, o marzenia także. Interesuje ją opinia bliskich, ale pod uwagę bierze tylko te zdania, które wnoszą wartość do jej życia i mają uzasadnienie w jej działaniach.

Jest typem obserwatora. Wie, co się dookoła niej dzieje, choć nie zawsze informacje docierają do niej bezpośrednio. Potrafi słuchać, mówić i milczeć. Jeśli tylko ma taką możliwość – pomoże, ale nie wtrąca się wbrew czyjejś woli. Od niej uczę się, jak radzić sobie w życiu. Jak to życie łapać za ogon. Jak osiągać cele i być silną i niezależną kobietą. Jest moim autorytetem i wzorem do naśladowania. To dzięki niej wiem, że w życiu bywa czasem nieprzyjemnie i to jest normalne. Że nie mogę opierać się wyłącznie na przyjemnościach, bo obowiązki są elementem codzienności i ich sumiennie wypełnianie prowadzi do sukcesu. Że rodzina jest najważniejszą wartością w życiu człowieka i nic nie może jej zastąpić. Nauczyła mnie, że mogę popełniać błędy, po prostu z pokorą ponosząc ich konsekwencje.

Mama.

Tak, to o niej mowa.

Zbliża się ważny dzień. Jej święto. 24 godziny pod koniec maja to Ona będzie Królową. Powinna być codziennie, prawda?

Jak myślisz, co byłoby dla niej najlepszym prezentem?
Ja mam już swój prezent dla Mamy. Jesteś ciekawy, co to takiego?

 

Mama - najważniejsza nie tylko w Dzień Matki | My small big creation